Świat Campera


Idź do treści

Wyprawa na nasze Piastowskie ziemie

Camperem przez Polskę

Wyprawa na ziemię naszych przodków Piastów Śląskich
do zamku Kliczków, Grodziec i Płakowice

Wybierzmy się tym razem na ziemię Piastów Śląskich, czyli na Dolny Śląsk.

Ziemie te od zawsze były łakomym kąskiem dla naszych sąsiadów i dlatego są tak bogate zarówno kulturowo jak i historycznie. Ale żeby na początku rozwiać niepewność, co do polskości tych ziem, troszkę historii. Nie brakuje takich, którzy twierdzą, że ani historycznie ani kulturowo region ten nie należał do Polski.
A więc najpierw krótka lekcja historii dla niedowiarków.

W X wieku Górny Śląsk był pod panowaniem władców czeskich z rodu Przemyślidów, a zachodnia granica Śląska lokalizowała się wówczas między Bobrem a Nysą Łużycką. Pod panowaniem Piastów znalazł się Śląsk już pod koniec X wieku, gdy w latach około 985-990 władzę nad nim objął Mieszko I. A w 1000 roku już prawie cały Śląsk znajdował się w granicach Polski Piastowskiej. Przejście Śląska spod panowania czeskiego pod władzę Piastów pociągnęło za sobą długotrwałe, zacięte walki, gdyż książęta czescy dążyli do zagarnięcia tej ziemi. Pierwsi władcy piastowscy zaczęli organizować na Śląsku zręby państwowej organizacji. Jednym z przejawów ich zapobiegliwej działalności było wzniesienie szeregu obronnych grodów. Dzięki temu stworzony został ciągnący się wzdłuż granic Śląska łańcuch grodów, których zadaniem była obrona tej dzielnicy zarówno przed czeskimi feudałami, jak i przed władcami Niemiec, dążącymi do podporządkowania sobie polskiego państwa. Grody te przez następne stulecia przekształciły się w potężne warownie chroniące miasta u ich stóp leżących jak i polskich granic. Stolicą Śląska został Wrocław, gdzie w 1000 roku powstało biskupstwo jako jedno z
trzech utworzonych wtedy przez Bolesława Chrobrego. Przez długie lata przypadła Śląskowi zaszczytna, ale jakaż ciężka zarazem i wieloma ofiarami okupiona rola przedmurza Polski, broniącego jej przed najazdami niemieckich jak i czeskich władców. Potęga naszych zamków i ich załóg stawały się dla najeźdźców zaporą nie do przejścia, budziły trwogę i respekt, o czym pisało wielu kronikarzy. Jednym z nich był niemiecki kronikarz Ditmar, który tak opisał obronę warownego grodu Niemcza podczas wielkiej wojny Bolesława Chrobrego z cesarstwem, w XI wieku: "Nigdy nie słyszałem o oblężonych, którzy by z większą od nich wytrwałością i bardziej przezorną zaradnością zabiegali o swoją obronę." W walkach z niemieckimi i czeskimi najeźdźcami zarówno w tym czasie, jak i niejednokrotnie później brało udział nie tylko rycerstwo. Nie tylko załogi grodów i mieszkańcy podgrodzi, ale również ludność wieśniacza, broniło swej polskości, jak o tym nieraz z podziwem wspominali polscy i niemieccy kronikarze. Tak Śląsk bronił polskich granic przed zewnętrznymi najeźdźcami, lecz padł na skutek wewnętrznych sporów i wojen rozbicia dzielnicowego, co doprowadziło do tego, że większość księstw śląskich złożyło hołd Janowi Luksemburskiemu. Hołdy przekształciły księstwa dzielnicowe w księstwa lenne. Wkrótce król Kazimierz Wielki zrzekł się na rzecz Luksemburgów swoich praw i roszczeń do śląskich księstw lennych Królestwa Czeskiego. Od tego czasu Śląsk tracił i odzyskiwał swoją polskość, o co zawsze tak dzielnie walczyli potomkowie Piastów, by po II wojnie światowej powrócić w granice Polski.






Warto spędzić trochę czasu w Osiecznicy i poznać jej turystyczne walory. Czyste wody oraz malownicze położenie wśród otaczających lasów, co roku przyciągają wielu turystów.
Tu również był nieduży, ale piękny zameczek, lecz dziś już nieistniejący, po którym zostały zaledwie ruiny podziemi. W przeszłości zajmował on szczególne miejsce w osiecznickim krajobrazie. Urokliwa leśna budowla stojąca na wysokiej skarpie u podnóża, której szumiała Kwisa przedzierająca się przez przegrodzony potężnymi głazami przełom, powstała za sprawą hrabiego Baltazara von Promnitza. Budowniczym zamku był włoski mistrz Giulio Simonetti, mieszkający stale w Bolesławcu, piastujący także godność członka tamtejszej rady miejskiej. Zamek ukończono w 1692 roku a Simonetti został godziwie wynagrodzony za swe dzieło. Chociaż sam zamek nie był w istocie gmachem szczególnie imponującym i nie mógł dorównywać kliczkowskiej warowni to jego otoczenie i roztaczający się z okien widok na rzeczną dolinę w pełni to rekompensowały. Nieliczne zachowane ryciny przedstawiają piętrowy budynek o wysokim, spadzistym dachu, opatrzonym czterema kominami i wyrastającą ze środkowej części głównej kalenicy niewielką wieżyczką. Jej zwieńczony długim grotem baniasty hełm wsparty jest na kolumnach, wyprowadzonych z prostopadłościennej podstawy. Na tej właśnie części wieży widniała tarcza zegarowa skierowana w stronę folwarku. Przy zamku powstał duży park, sięgający brzegów Kwisy. Część drzew przetrwała do dziś, będąc obecnie ogromnymi pomnikami przyrody. Są to lipy i buki, a także dęby. Jak to w naszej historii bywało z takimi budowlami, i ten zamek przetrwał czasy II wojny, lecz padł po przejściu zwycięskiej Armii Radzieckiej, gdy sowieccy żołnierze z niewiadomych powodów postanowili go spalić. Powracający, do Osiecznicy po wojennej zawierusze mieszkańcy zastali tylko zgliszcza i wypalone mury przemieszane ze spopielonymi resztkami wyposażenia. Nie wiadomo, co stało się z przechowywaną w nim książęcą biblioteką, być może nie spłonęła, lecz została zabrana i wywieziona do Związku Sowieckiego. Obecnie śladem po zniszczonym zamku są jego piwnice. Wzniesione z kamienia podziemia oparły się sile ognia i upływającego czasu. Można też ciągle rozpoznać resztki zabudowy folwarcznej. Przy górnej krawędzi nadrzecznej skarpy widnieje częściowo zasypany gruzem i śmieciami wylot piaskowcowego tunelu, prowadzącego niegdyś do zamkowych piwnic.

Ale to nie tylko ruiny niegdyś urokliwego zamku świadczy o atrakcyjności turystyczno-krajoznawczej tej gminy. Są tu duże kompleksy leśne, jeziora, stawy rybne i malownicza rzeka Kwisa, a szczególnie zalew koło zapory z elektrownią we wsi Kliczków, gdzie znajduje się jeden z najpiękniejszych zamków Dolnego Śląska, Zamek Kliczków.
Historia zamku w Kliczkowie na Dolnym Śląsku sięga końca XIII stulecia do czasów, kiedy państewkiem świdnicko-jaworskim rządził piastowski książę Bolko I Surowy. Prawdopodobnie to z jego inicjatywy powstało w tym miejscu założenie obronne, stanowiące jedno z ogniw ufortyfikowanego łańcucha warowni granicznych ochraniających księstwo przed najazdem czeskim. Pierwotna budowla został wzniesiony na wysokiej nadbrzeżnej skarpie Kwisy jako warownia graniczna ziemno-drewniana. Dla zamku najbardziej zasłużył się Kacper Średni (ok. 1545-1588), który zapoczątkował jego renesansową przebudowę, a zakończył ją jego syn Kacper Młodszy.
Z opisu z połowy XVII wieku zachowanego w Archiwum Państwowym we Wrocławiu wiemy, że pałac był zbudowany z kamienia, mieścił dwie sale balowe, 20 komnat, kuchnię i kaplicę. Kacper Młodszy wzniósł też zabudowania gospodarcze: słodownię, browar, stajnię i powozownię. O jego wysokiej pozycji (posiadał godność szambelana i radcy cesarskiego) świadczy wizyta w 1611 roku króla czeskiego Macieja.
Wojna trzydziestoletnia spowodowała zmianę właściciela. W 1631 roku, zmieniony też został charakter elewacji południowej, zmodernizowano wnętrza, wzniesiono Lwią Bramę, na dziedzińcach założono barokowe fontanny, zmieniono też charakter parku. Następną poważną przebudowę dokonali architekci berlińscy, Henryk Kayser i Karol von Grossheim, który trwał aż cztery lata. Ówczesne gusty pozwalały architektom czerpać inspirację w różnych stylach: angielskim gotyku, włoskim renesansie, niemieckim i francuskim manieryzmie. Podczas zwiedzania rezydencji odnajdujemy te cechy na elewacjach i we wnętrzach, szczególnie w przepięknej sali teatralnej. Eduard Petzold, a znany w Europie twórca parków krajobrazowych, zaprojektował ponad 80-hektarowy park w stylu angielskim. Zamek w Kliczkowie stanowił popularne miejsce spotkań i rozrywek elity arystokracji niemieckiej - na organizowane przez starego księcia polowania wielokrotnie przyjeżdżali tutaj członkowie dworu, wśród nich sam cesarz Wilhelm II i pruski następca tronu. Sytuacja zmieniła się podczas drugiej wojny światowej, szczególnie dramatycznie po nieudanym zamachu na Hitlera, gdy w 1944 roku członków rodziny aresztowało gestapo, a sam zamek skonfiskowano, wywożąc jego najcenniejsze dobra w głąb Rzeszy. Po przejściu frontu, wyzwoleńcza Armia Radziecka rozkradła resztki wyposażenia a to, co jeszcze się ostało padło łupem lokalnych szabrowników, którzy wywozili nawet okna i drzwi. Potem było już tylko gorzej, bo kolejni użytkownicy: Nadleśnictwo i Ludowe Wojsko Polskie zupełnie nie dbali o obiekt, który niszczał w zastraszającym tempie - zapadły się dachy, wilgoć nadwerężyła mury, uszkodziła posadzki i malowidła, zawaliła się Galeria Oficjalistów oraz częściowo ujeżdżalnia. Próbę ratowania zabytku podjęła w latach 70-tych Politechnika Wrocławska. Jako kolejny użytkownik, rozpoczęła prace remontowe, ale z mizernym skutkiem, właściwie do końca lat 90-tych niewiele zrobiono poza zabezpieczeniem obiektu. Zamek straszył rozsypującymi się ścianami i pustymi oczodołami okien.
Przełom nastąpił w roku 1999, gdy nowy właściciel pałacu, wrocławska firma Integer S.A. podjęła działania w celu całkowitej odbudowy zamku. Już w tym samym roku zapadła decyzja o adaptacji obiektu na centrum konferencyjno-wypoczynkowe. W marcu 2000 roku podjęto pierwsze prace, którymi kierowała Alina Zamorska i Ewa Hawryluk, aranżacja wnętrz jest dziełem Anny Morasiewicz, a nad odtworzeniem parku czuwała Anna Ornatek.
Przeprowadzono remont obiektu o kubaturze ok. 40 000 m3, którego sama powierzchnia dachu to 4,5 tys. m2. Trzeba było zainstalować wszystkie media, instalacje, włącznie z teletechnicznymi, odtworzyć park i roślinność na dziedzińcach, zasadzić 4 tys. nowych drzew.
Podstawowym celem prac, które trwały około 1,5 roku, było przystosowanie zabytku do nowego życia i nowej funkcji. Prace zakończono już w listopadzie 2001roku i udostępniono obiekt dla hotelowych gości i turystów.
Niestety nie mamy dobrych i potwierdzonych informacji gdzie konkretnie można by było zatrzymać się camperem na dłużej. Pozostaje nam zacytować Wójta Gminy Waldemara Nalazka, który tak oto zachęca do przyjazdu:
"Przybywający do naszej gminy Goście mają wyjątkową okazję znaleźć się z dala od uciążliwego gwaru współczesnego świata, w najpiękniejszym i najzdrowszym miejscu na Dolnym Śląsku. Czysta woda i świeże powietrze najlepiej, bowiem regenerują nadwątlone tempem współczesnej egzystencji siły człowieka. Zapraszamy Państwa do korzystania z wyznaczonych na terenie gminy szlaków rowerowych, konnych, pieszych i kajakarskich. Warto również spacerować naszymi ścieżkami: geologiczną, na której znajdziecie Państwo otwarte utwory geologiczne oraz ciekawe formy skalne, jak również przyrodniczą - opisującą uroki lasu i jego mieszkańców. Czeka tu na Państwa puszcza bolesławiecko-zgorzelecka o niepowtarzalnym uroku, malownicze krajobrazy i ciekawe zabytki architektury. To prawdziwy raj dla wędkarzy, a także miłośników minerałów, ceramiki i rękodzieła artystycznego. Co godne jest podkreślenia - żyją tu gościnni oraz pracowici ludzie. Są niezwykle dumni z osiąganych sukcesów, chętnie i z wielką życzliwością witają wszystkich odwiedzających tą piękną ziemię".

Żegnamy się z tą piękną i gościnną ziemią i udajemy się do zamku Grodziec.
Na bazaltowym, po wulkanicznym, stromym wzgórzu, Góry Grodica, gdzie plemiona Bobrzan oddawały cześć swoim bóstwom, w malowniczej scenerii wznosi się bajeczny zamek Grodziec. Zamek od niepamiętnych czasów zawsze wzbudzał podziw i respekt a w obecnym czasie swym pięknem i majestatycznością przyciąga polskich i zagranicznych turystów.
Dokładne określenie daty powstania nie jest łatwe. Najstarsze dokumenty (pisane) o Śląsku podają, że w 1155 roku gród zyskał rangę kasztelanii. Kasztelania w Grodźcu powstała na przełomie X i XI wieku i utrzymała się do XIII wieku Od 1155 roku po dzień dzisiejszy zamek przechodzi różne dzieje, miewa wielu właścicieli, z którymi wiążą się pełne tajemniczości legendy i fakty historyczne.
Za czasów Henryka Brodatego zdrewniano - ziemny gród zastąpiono murowanym i od XIV do XV wieku zamek stanowił własność rycerskiego rodu Bożywojów.
W okresie wojen husyckich budowla została zdobyta i splądrowana przez oddziały husytów. W 1470 r. odkupił go książę legnicki z dynastii Piastów Fryderyk I. Sprowadzeni przez niego mistrzowie murarscy z Wrocławia, Legnicy i Görlitz nadali zamkowi wygląd, jaki możemy oglądać dzisiaj. Po śmierci księcia prace kontynuowano z polecenia jego syna, Fryderyka II. W ich efekcie Grodziec stał się jedną z piękniejszych rezydencji gotycko-renesansowych na Śląsku. Zwieńczenie prac zbiegło się ze ślubem księcia z księżną Sofią von Hohenzollern. Z tej okazji zorganizowano w zamku przyjęcie i słynny turniej rycerski.
W latach wojny 30-letniej zamek został zdobyty i spalony przez wojska księcia Albrechta Wallensteina. Ponieważ skala zniszczeń była ogromna i warownia nie miała już większej wartości militarnej, po wojnie zdecydowano o wysadzeniu części obwarowań. W XVII i XVIII stuleciu czyniono próby odbudowy Grodźca, nie zakończyły się one jednak większymi sukcesami. Dopiero w roku 1800, kiedy właścicielem dóbr został książę Rzeszy Jan Henryk VI von Hochberg z Książa i Mieroszowa, podjęto poważniejsze prace konserwatorskie i rekonstrukcyjne.

Na krótko przerwał je okres kampanii napoleońskiej, ale już w latach 30, XIX stulecia zamek stał się celem licznych wypraw turystycznych. Uchodził w owym czasie za pierwszy w Europie zabytek specjalnie przystosowany do celów turystycznych.
W latach 1906-1908 zamek ulega gruntownej przebudowie. Na zamku powstaje muzeum sztuki gotyku i renesansu Śląska, hotel i restauracja.
Lecz znowu przez te ziemie jak przez całą Polskę przetoczyła się niszcząca machina II Wojny Światowej.
W tym czasie właścicielem zamku był Herbert von Dirksen, nazistowski polityk i zaufany współpracownik Hitlera. W latach 1939-45 często przebywał w Grodźcu, gdzie pod koniec wojny został złapany przez Sowietów. Gdy Rosjanie odkryli w bibliotece komplet dzieł Lenina i dowiedzieli się, że von Dirksen był dyplomatą na placówce w Moskwie, co udokumentował fotografiami, na których uwidoczniony jest w towarzystwie wysokich rangą radzieckich oficerów, pozostawili go w zamku i odjechali. Z rejonu opanowanego i ściśle strzeżonego przez NKWD został potajemnie wywieziony przez niemieckich agentów SS w głąb Rzeszy. Po tym incydencie Sowieci wracają na zamek rabując zabytkowe zbiory i wywożąc je do Rosji, a budynek dewastują i podpalają. Spłonęły dachy palatium i wież, a to, co jeszcze pozostało w ruinach, rabują korzystających z powojennej anarchii miejscowi szabrownicy.
Przez wiele lat ruiny stały opuszczone i dopiero w roku 1959 przeprowadzono tutaj pierwsze prace zabezpieczające i porządkowe. W dalszym etapie zrekonstruowano dach palatium oraz drewnianą konstrukcję przejść i schodów, wykonano nowy most, a sklepienia budynków zabezpieczono cementem. W latach 1975-1978 warownię przejął w użytkowanie Instytut Aktora Teatru Laboratorium z Wrocławia. Później zarządzało nią PTTK, w okresie 1981-1988 właścicielem Grodźca była cementownia "Podgrodzie", a od roku 1993 przez kolejne dziewięć lat dzierżawił ją prywatny inwestor. W kwietniu 2002 roku zabytek przeszedł pod opiekę zarządu gminy
Zagrodno, której władze z kasztelanem na czele próbują przywrócić byłej rezydencji Piastów jej dawny blask.
Zamek ma też swoją legendę, która opowiada o Czarnej Prababce odzianej w czerń postaci kobiety z wielkim srebrnym krzyżem na piersiach. Krzyż ten błyszczał, gdy duch napotykał dobrego człowieka a matowiał przed złym. Pewnego razu pan Grodźca postanowił wydać córkę za majętnego rycerza, mimo że ona kochała innego. Jednak w dniu ślubu Czarna Prababka ukazała się dziewczynie i wskazała wyłom w murze zamkowym, przez który ta mogła uciec. Ojciec bardzo się rozgniewał, ale zjawa udowodniła mu, że niedoszły zięć nie jest godzien jego zaufania. Wkrótce odkryto jego zbójecką przeszłość i został stracony. Córka wróciła do zamku i poślubiła swojego ukochanego. Tym razem Czarna Prababka ukazała się z prezentem - podarowała młodej parze swój krzyż, dzięki któremu mogli rozpoznać złych ludzi i uniknąć wielu niebezpieczeństw. Przekazywany z pokolenia na pokolenie krzyż zaginął podczas wojny 30-letniej. Czarna Prababka powróciła na zamek i nadal strzeże go od złych ludzi. Przechadzając się nocą po zamkowych korytarzach strzeżmy się, aby zjawa nie pojawiła się pokazując nam matowy krzyż, bo wtedy

Jedziemy teraz do Lwówka Śląskiego. Możemy się tu zatrzymać 1,5 km. od Lwówka Śląskiego w gospodarstwie agroturystycznyn "Dom AGAT". Właściciele oferują nam tanie wyżywienie (śniadania, obiady kolacje) SPA i propozycję ciekawych wycieczek i wypoczynku. Tel. 607 982 427, 691 877 922 i e-mail: edzidzia@poczta.onet.pl

Wyruszamy zwiedzać zamek Płakowice.
Zamek stoi w dolinie rzeki Bóbr, przy jednej z uliczek na przedmieściach Lwówka Śląskiego (po niedawnym przyłączeniu, Płakowic) wkomponowany w zwykłą zabudowę mieszkalną. Jest to bardzo interesująca, choć mało znana budowla, wykupiona w 1992 roku przez protestancki Kościół Baptystów, w której funkcjonuje Chrześcijański Ośrodek Elim. Po przeprowadzeniu remontu, przynajmniej z zewnątrz, wygląd obiektu niewiele odbiega od pierwotnej rezydencji z XVI wieku. A była to w tamtym okresie jedna z największych i najpiękniejszych budowli obronnych na Śląsku!
Wybudował ją Rumpold von Talkenberg z Podskala w latach 1550-1563, prawdopodobnie na miejscu starszego dworu poprzednich właścicieli Płakowic - Raussendorfów. Tak jak obecnie zamek posiadał trzy wysokie trójkondygnacyjne skrzydła z alkierzami basztowymi, otoczone przez praktycznie niezachowane albo zredukowane fortyfikacje w postaci fosy i wysokiego muru obwodowego. Czasy wojen napoleońskich przyniosły dwie bitwy pod Płakowicami i legendę o ukrycia w zamku kasy z żołdem dla wojska. Jeszcze wiele lat później bezskutecznie jej tam poszukiwano. W 1824 roku hrabia August Ludwig von Nostitz-Rieneck sprzedał zamek rządowi pruskiemu. Ten ogołocił go ze wszystkiego, co cenne, łącznie z portalami, kominkami oraz innymi dekoracjami i nakazał utworzenie Zakładu dla Umysłowo Chorych. Pod koniec XIX wieku wybudowano nowy okazały budynek szpitalny. Jest to stojąca przy zamku podłużna ruina, nigdy nieodbudowana po zniszczeniu przez pożar. W czasach rządów Hitlera, szpital płakowicki przeprowadzał masowe eutanazje pacjentów. Po II wojnie św. cały kompleks był zrujnowany i nie użytkowany. Dopiero przejęcie przez baptystów z Australii przywróciło mu trochę dawnego blasku, choć widać, że do zrobienia jest jeszcze bardzo dużo. Dziś mieszka tam podobno 150 osób z całego świata. Baptyści modlą się, pomagają okolicznym mieszkańcom, wydają jedzenie dla biednych i uczą angielskiego.

Dobry stan w jakim zamek się zachował pozwala nam wyobrazić sobie jak mógł wyglądać w latach swojej świetności. Do zamku wchodzi się przez wspaniały renesansowy portal, któremu nadano charakter rzymskiego łuku triumfalnego. Wyjątkowo prowadzi on jednak nie do wnętrza budowli, lecz na dziedziniec. Przybywający w nim goście nie mogli przeoczyć licznych płaskorzeźb, medalionów portretowych, inskrypcji i herbów kierując się na turniejowy dziedziniec, na którym zaproszeni goście i właściciele demonstrować swe rycerskie umiejętności. Dla dobrego oglądania rycerskich zmagań wybudowano otaczające dziedziniec z trzech stron krużganki, podtrzymywane przez zdobione roślinną dekoracją kolumny, połączone szerokimi, półkolistymi archiwoltami. Piętro wyżej znajdowały się trzy ganki; dwa zamknięte z oknami i jeden otwarty, z balustradami wzorowanymi sztuką włoskiego renesansu. Pierwotnie dziedziniec był otwarty w kierunku wschodnim i ograniczony fosą, dopiero z czasem zamknięto go istniejącym do dzisiaj murem kurtynowym.
Ale to nie tylko zewnętrzne piękno zamku ze swoimi zdobieniami okien i drzwi oraz balustrad ganku z rzadko spotykanymi na Śląsku ornamentami w kształcie wieńca laurowego szokowało gości. Gdy pełni zachwytu udawali się na spoczynek, czekała ich kolejna niespodzianka. Bogato wyposażone komnaty ozdobiono polichromią z dekoracją kwiatową (jedna z nich z 1558r. zachowała się do dziś). Zwiedzając ten zamek daje się wyczuć ten powiew historii, a stojąc na krużgankach ma się wrażenie, że zaraz wyjdą rycerze w swych pięknych zbrojach i staną w szranki rycerskich zmagań, a omdlewające białogłowy rzucą im swoje chusteczki.

To już koniec naszej wyprawy i mam nadzieję, że na długo pozostanie ona w waszej pamięci i opowiadać będziecie o niej swoim znajomym.
Do zobaczenia na trasie.


Powrót do treści | Wróć do menu głównego